Dzisiaj o 20:30, zgasną miliony świateł w apelu o działanie na rzecz Ziemi. A może zamiast działać symbolicznie, rozpocząć działania rzeczywiste?

Godzinę dla Ziemi na całym świecie koordynuje organizacja WWF. W informacjach prasowych można przeczytać, że do akcji włączą się ci wszyscy, którym nie są obojętne postulaty ekologów zabiegających o ochronę klimatu planety. Kłopot z tym, że postulaty tzw. ekologów, a już na pewno duża część tego co robią, z ochroną środowiska ma niewiele wspólnego.  

Niegroźna bomba?

Najwięcej gazów cieplarnianych produkuje przemysł i transport. W przemyśle, znaczącą (choć nie największą) część emituje energetyka. Mowa oczywiście o energetyce konwencjonalnej (spalanie węgla, ropy i gazu). Ograniczając ilość zużywanego prądu, ograniczamy więc pośrednio ilość emitowanego do atmosfery CO2. A CO2, wiadomo, powoduje niekorzystne zmiany klimatu. Proste? A więc po kolei.

Nie wiadomo, czy CO2 produkowane przez człowieka powoduje cokolwiek. To hipoteza z którą wielu naukowców dyskutuje.

Po drugie, gaszenie świateł nic nie pomoże. Elektrownie i tak będą musiały pracować, bo przecież na godzinę nikt ich nie wyłączy.

I w końcu po trzecie, tzw. żarówki energooszczędne przy włączaniu pobierają z sieci znacznie więcej energii, niż w czasie normalnego użytkowania. Może się więc okazać, że Godzina dla Ziemi nie tylko nie zmniejszy, ale może zwiększyć ilość CO2 w atmosferze. I pewnie nie byłoby się czym martwić (jak pisałem, związku pomiędzy produkowanym przez człowieka CO2, a zmianami klimatu nikt nie udowodnił), gdyby nie to, że oprócz CO2, przy produkcji energii elektrycznej w Polsce, emitowane są do atmosfery związki siarki i związki azotu. Fatalny wpływ tych ostatnich na zdrowie człowieka czy na stan środowiska naturalnego jest udowodniony ponad wszelką wątpliwość. Tyle tylko, że ekolodzy nie mówią o siarce czy azocie. Nie mówią zresztą o wielu rzeczach. W Polsce nie ma nawet rejestru bomb ekologicznych. Czy ktoś słyszał, żeby ekolodzy lobbowali za stworzeniem narodowej strategii ich rozbrajania?

Cel fałszywszy, środki kłamliwe

Można oczywiście założyć, że gaszenie na godzinę świateł to akcja edukacyjna. Nie ważne, że nie wpłynie na ilość emitowanego CO2. Da do myślenia tym, którzy nad sprawami środowiska nigdy się nie zastanawiali. Kilka lat temu komentator brytyjskiego dziennika Independent, chcąc przewietrzyć umysły ekologicznie nieświadomych czytelników napisał, że jesteśmy ostatnim pokoleniem, które żyło w warunkach pozwalających cywilizacji wykiełkować, rozwijać się i zakwitnąć. Następne pokolenia tych szans będą pozbawione z powodu tragicznych skutków ocieplenia klimatu. V-ce naczelny gazety zapytany, czy przypadkiem nie przesadził, odpowiedział, że zmiany klimatu to sprawa tak poważna, że usprawiedliwione są tego typu skróty myślowe. Tyle tylko, że Independent nie zaprezentował żadnego skrótu, tylko zwykłe kłamstwo. A sprawy klimatu, czy ogólnie, środowiska naturalnego to sprawa zbyt poważna, by stosować kłamstwa, sztuczki lingwistyczne czy akcje pod publikę. O środowisko naturalne powinno się, trzeba, dbać, ale zawężanie wszystkich problemów ekologicznych tylko do kwestii ograniczania emisji CO2 jest poważnym błędem. Gdy to wszystko podparte jest o liczby z sufitu, naciągnięte fakty i nadinterpretowane prognozy, zamiast ludzi uwrażliwiać, zaczniemy na problemy środowiska naturalnego znieczulać. W Polsce jest kilkanaście (a może nawet kilkadziesiąt) bomb ekologicznych. Obszarów, gdzie nie ma w ogóle życia, albo jest ono poważnie zagrożone. Proszę mi wierzyć, to sprawa znacznie poważniejsza niż zwiększająca się ilość CO2 w atmosferze.

Warto krzyczeć

Na leżących w województwach pomorskim i zachodniopomorskim poligonach, zmagazynowanych jest kilkaset ton utleniacza paliwa rakietowego melange. Stosowały go do napędzania rakiet na paliwo ciekłe wszystkie armie Układu Warszawskiego. Układu już nie ma, ale utleniacz pozostał. Ma silne właściwości żrące. Jest bardzo toksyczny. Rozszczelnienie zbiornika z melangem powoduje powstanie zagrożenia w promieniu do 25 kilometrów!  Utleniacz jest przechowywany w zbiornikach z czystego aluminium, których obliczany na 15 lat czas życia, już dawno minął. Zbiorniki korodują. Wydostanie się chociażby części z prawie tysiąca ton substancji do środowiska, spowodowałoby trudną do ogarnięcia katastrofę ekologiczną. Na drugim końcu Polski, w Tarnowskich Górach na Śląsku, przez 70 lat działały zakłady chemiczne. Na nieprzygotowanym podłożu składowano groźne odpady zawierające związki baru, boru, cynku, strontu, ołowiu, arsenu a nawet kadmu. Do niedawna do wód podziemnych przenikało do 400 ton toksyn rocznie! Czy ktoś – oprócz organizacji lokalnych - lobbuje by takimi miejscami się zająć? Czy ktoś woła o pomoc? A gdyby tak powstała organizacja ekologiczna pomagająca pozyskiwać fundusze na likwidację, na rekultywację takich miejsc? Grupa energicznych ludzi zorientowanych w meandrach unijnej biurokracji. W dobrym tego słowa znaczeniu zza biurka, dałoby się rozbroić niejedną bombę. Może nie w świetle kamer, może nie z krzykliwymi transparentami w dłoni, ale przynajmniej skutecznie. Na pewno bardziej by to pomogło środowisku niż wyłączanie światła na godzinę.

Tomasz Rożek

 

Tekst jest skrótem artykułu, który ukazał się w Rzeczpospolitej